niedziela, 31 lipca 2011

FESTIWAL KULTURALNY

Tak... Impreza o ktorej wiadomo bylo juz od miesiaca, a zostala zorganizowana w niecaly dzien. Ostatni event w czasie International Summer. Nie zeby wczesniej bylo ich nie wiadomo ile; w sumie jakby sie zastanowic to pierwszym z nich byl piknik w parku Carycyno, a drugim - impreza powitalna (zorganizowana po 3 tygodniach od przyjazdu pierwszych uczestnikow programu). ale jak juz wspominalam wczesniej, przyjelam taktyke nie przejmowania sie absolutnie niczym, nawet poltoragodzinnym spoznieniem szefa projektu na generalne / ostateczne spotkanie organizacyjne. niewazne, ze dzien wczesniej powiedzial, ze absolutnie nikt nie moze sie spoznic - taki drobiazg. trzydziesci albo czterdziesci osob czekalo, az J. wpadnie i powie: "to nasz ostatni event i podsumowanie projektu. dajcie z siebie wszystko! i byc moze bedzie telewizja, dlatego ubierzcie sie ladnie. a teraz przepraszam, ale spiesze sie na nastepne spotkanie". juz nie pierwszy raz nas straszyli ta telewizja, ale ta niestety pojawia sie zawsze w nieodpowiednim momencie.
otoz panowie z kamera przyszli na czwartkowe prezentacje o kulturze w naszych krajach; i byl to duzy wstyd dla mnie, poniewaz prowadzilam spotkanie w zastepstwie za kolezanke, przyszlo wyjatkowo duzo Rosjan, a nie pojawil sie prawie nikt z aiesecu. o ile normalnie mamy prezentacje z 8 albo 9 panstw, tym razem mielismy 3 - Polske, Slowacje i Chiny. wyszlo slabo, ale juz trudno.
wracam do fesiwalu.
pojawilam sie tam dosc punktualnie, czyli kilka minut po 11. impreza miala sie zaczac o 13, osoby odpowiedzialne za dekoracje mialy powinny byc o 9. okazalo sie jednak, ze przyszlam jako jedna z pierwszych. moglabym wymienic bardzo duzo podobnych niedociagniec; mimo wszystko musze powiedziec, ze festiwal uwazam, za naprawde udany. o ile sie nie myle, 10 panstw mialo swoje stoiska z informatorami, gadzetami i lokalna kuchnia. objadlam sie jak na wigilii. i ku mojemu ogromnemu zadowoleniu polskie stoisko wypadlo zdecydowanie najlepiej :) dziewczyny dzien wczesniej wpadly na genialny pomysl i pojechaly do ambasady po gadzety promujace nasz kraj. jeszcze urzednik mial do nich pretencje, ze nie powiedzialy wczesniej o festiwalu, poniewaz mozna bylo cos wiecej zorganizowac. z kolei ja i K. pojechalysmy do Polskiej Agencji Turystycznej i rowniez dostalysmy bardzo duzo drobiazgow, ulotek, dlugopisow i map promujacyh Polske. dzieki temu nasze stoisko - w zestawieniu z innnymi - bylo bogate, kolorowe i najbardziej przyciagalo uwage. wszystkim smakowala takze polska kuchnia, zwlaszcza schabowe. furore zrobila takze salatka "imieninowa" (gotowana marchewka, groszek, jajka, majonez....), ale jak sie okazuje, jedza ja ludzie na calym swiecie, od Brazylii po Rumunie.
pozniej mielismy prezentacje naszych krajow, w tym krotkie filmy o historii i kulturze oraz wystepy. oczywiscie o tym, ze mamy zrobic performance, dowiedzielismy sie dzien wczesniej. uratowal nas P., ktory postanowil "zaspiewac" z playbacku "jestes szalona", reszta wystepowala w charakterze dekoracji / chorku / ruchomego tla. mysle, ze przynajmniej wyszlo zabawnie.
a wieczorem - impreza. troche mniej udana niz festiwal, a moze rownie udana, tylko 4h snu nie pozwolily mi odpowiednio dobrze sie bawic. juz o 3 bylam bardzo, bardzo zmeczona, a do 6 trzeba bylo czekac na metro. ale jakos dalam rade.
podsumowujac - mimo totalnej dezorganizacji Festiwal Kulturalny uważam za naprawdę udany :-)
dorzucam zdjecie naszego stoiska, niestety dosc kiepskiej jakosci. a zeby udowodnic, ze sie nie obijalam - jeszcze jedno swoje.



DZIŚ

wieczorem poszlam na miting opozycji. raz w miesiacu, w ostatnia niedziele o 18 na rogu ulicy twerskiej zbieraja sie opozycjonisci z roznych partii i strajkuja. bron Boze nie chcialam sie do nich przylaczyc, jedynie zobaczyc jak to wyglada w Rosji. tak, przyznaje - spodziewalam sie romantycznego zrywu rozentuzjazmowanego tlumu zadajacego wolnosci slowa i wyrzucenia Putina z Kremla (i prawdopodobnie czesc ze zgromadzonych faktycznie tego chciala). jednak widok przedstawial sie nastepujaco - strajkowalo mysle, ze okolo 40, 50 osob, bardzo duza czesc z nich siedziala na asfalcie. znalezli sie tam bardzo rozni ludzie, w tym 3 osoby ubrane w sari, grajace na bebnach i trzymajace duzy portret Gandhiego oraz jakis dziadek wymachujacy mi przed nosem plakatem ze swastyka wpisana w gwiazde Dawida (cos okropnego!...). ci wszyscy ludzie byli otoczeni, wrecz osaczeni przez policje i ochrone. na moich oczach 3 policjantow dosc niemilo potraktowalo jednego z glosniejszych strajkujacych, doszlo do przepychanki. przeszlam na druga strone ulicy aby moc lepiej widziec co sie dzieje. dolaczylam do tlumu gapiow, a raczej do tlumu mezczyzn obserwujacych miting - przechodzace kobiety raczej nie byly zainteresowane tym, co sie dzieje. obok mnie stal wysoki i chudy starszy pan; z zatroskana mina kiwal glowa. sam mi zwrocil uwage na bardzo duza liczne funkcjonariuszy policji wokol i dodal, ze siedzacy na asfalcie ludzie na pewno sie przeziebia. faktycznie, bylo chyba z 10 - uwaga - specjalnych policyjnych autobusow i nie wiem ile radiowozow. nie chodze w Polsce na zadne prostesty ani manify, ale z pewnoscia nie pilnuja nas az tak.
pozniej ruszylam na relaksujacy spacer po glownych ulicach Moskwy. dzis sie ochlodzilo i wieczorne powietrze bylo niezwykle przyjemne. odkrylam miedzy innymi centrum kultury żydowskiej ktorego wczesniej zwyczajnie nie zauwazylam. co ciekawe, dziewietnastowieczna synagoga zostala obudowana i znalazla sie wewnatrz nowoczesnego i bardzo ladnego budynku. porozmawialam tez chwile z babuszka siedzaca pod synagoga. mowila, ze byla w Polsce, w Warszawie i Krakowie jeszcze w czasach komunizmu i podobalo sie jej. w ogole musze powiedziec, ze starsi ludzie bardzo czesto pozytywnie i cieplo reaguja na informacje, ze jestem z Polski, a to mile.
pozdrawiam i dolaczam kilka zdjec z demontracji i spaceru.

 Policyjny (a raczej jeszcze "milicyjny") autobus.


Autobusy i radiowozy porozstawiane po onu stronach ulicy Twerskiej.


Centrum kultury żydowskiej (czyli jeżeli chcemy ochronić jakiś zabytkowy budynek, najlepiej opakowac go w kolajny).


Relaks na Patriarszych Prudach



Miasto nocą :)

piątek, 29 lipca 2011

Osobliwości Starego i Nowego Arbatu
 


Diewuszka ubrana w reklamówki. Prawdopodobnie promowala jakas akcje ekologiczna, ale w Moskwie nigdy nic nie wiadomo.



Nie mam pojęcia co to za instrument, ale zaintrygował mnie.



Taki tam lexus pod Domem Kultury "Arbat". zdjecie niestety nie oddaje w pelni koloru karoserii. mysle, ze w pełnym słoncu ten samochód jest lepiej widoczny niz kopuly soboru Chrystusa Zbawiciela.



Rus Burger - chyba mówi samo za siebie...


...a tuż obok Rus Burgera znajdzie sie także cos dla bardziej wyrafinowanego podniebienia, na przykład  elegancka restauracja Korona, 


Rzadki przykład sztuki ulicy. namalowane na murze jakiegoś urzędu.

W czwartek wreszcie moglam dalej zwiedzac. Poszlam na spacer wzdluz Starego i Nowego Arbatu, obydwie  ulice maja swoj niepowtarzalny klimat i swoisty urok. Stary Arbat to zwyczajny deptak, na ktorym pelno jest ulicznych grajkow, malarzy - portrecistow i karykaturzystow, stoisk ze starymi ksiazkami. Udalo mi sie znalezc nawet kilka dosc interesujacych albumow o sztuce rosyjskiej, ale byly zbyt ciezkie aby je zabrac ze soba do Polski. Jesli zas chodzi o Nowy Arbat, to jest to szeroki, nowoczesny prospekt pelen kawiarni, restauracji, eleganckich sklepow. Na calej ulicy slychac muzyke, w tym swiatowe hity lat dziewiecdziesiatych i rosyjskie przerobki znanych piosenek (w tym "light my fire" Doorsow: po rosyjsku, w wersji pop w wykonaniu jakiegos zniewiescialego "piosenkarza" - niezapomniane).
Pozniej prawdopodobnie napisze wiecej - teraz musze uciekac na aiesecowy Festiwal Kulturalny. Pozdrawiam!

środa, 27 lipca 2011

dzis zdecydowanie lepiej. oddycham jak czlowiek i czuje sie zupelnie przyzwoicie, sily mi wracaja. tylko z niejasnych powodow ciagle mam podwyzszona temperature. troche to irytujace i mam nadzieje, ze juz jutro naprawde mi przejdzie, bo prosze Was - jestem w stolicy Rosji, przeciez nie przyjechalam tu zeby caly czas czytac ksiazki, nawet Tudorowie mi sie koncza. zwiedzac chce! pobiegac! na ludzi popatrzec, pogadac z kims.
a teraz cos z zupelnie innej beczki. z serii "obserwacje": Rosjanki bywaja naprawde ladne, a na pewno sa zadbane, zarowno mlode kobiety, jak i te w srednim wieku czy starsze. zazwyczaj maja jakis dyskretny makijaz, nosza bizuterie. czasami troche kiczowato to wyglada, ale taki kraj i jego estetyka. najwazniejsze, ze dbaja o siebie i widac, ze zalezy im na tym, aby ladnie wygladac. ale przystojnego Rosjanina to naprawde ze swieca szukac. a jak juz jest niezle ubrany i z daleka wyglada calkiem - calkiem, to na ogol okazuje sie, ze albo jest jakis niedomyty, ma zalobe za paznokciami czy slady po tradziku. ewentualnie jest gejem, w ogolnej klasyfikacji - klasycznym pedalem / czajnikiem na maksa. ale nawet oni zazwyczaj ujawniaja sie wieczorami, w klubach, gdzies majacza w ciemnosci. "gdzie ci mezczyzni?" ??  na polskich (i innych) ulicach tych przystojnych jest zdecydowanie wiecej. pozdrawiam!

wtorek, 26 lipca 2011

nadal choruje. juz moge co prawda oddychac przez nos i moj glos zaczyna przypominac moj wlasny glos, ale nadal mam temperature. pozostaje mi dalej ogladac "Tudorow".

poniedziałek, 25 lipca 2011

ten moment oficjalnie nadszedl. wiele moich znajomych narzekalo wczesniej na bolace gardlo, kaszel i katar, ale oczywiscie ja musialam sie rozchorowac na calego. dzis w nocy mialam jakas kosmiczna goraczke, dreszcze z zimna pod kocem, przekrwione oczy i takie tam. teraz juz jest lepiej, ale temperatura znowu rosnie. najbardziej denerwujace jest to, ze trace czas na lezenie w domu. no ale trudno. pozostaje mi dalej czytac, ogladac "Dynastie Tudorow" i cieszyc sie wakacjami. w sumie dobre i to, w koncu na codzien raczej nie mam czasu na to, aby siedziec i bezmyslnia patrzec na Jonathana Meyersa i Henry'ego Cavilla. pozdrawiam!

niedziela, 24 lipca 2011



 Zdjęcia z Muzeum Majakowskiego


podsumowanie tygodnia: bieganie - 4 razy; zwiedzanie - 4 miejsca; rosyjski - niekoniecznie pol godziny, ale codziennie; podjadanie - mniej, ale nadal za duzo; nie mialam ani jednego bezproduktywnego dnia.
jest niezle, ale w przyszlym tygodniu bedzie lepiej. jak tylko wyzdrowieje. wczoraj po poludniu nie potrzebnie pochwalilam sie, ze wszyscy choruja, a ja jestem zdrowa; juz poltorej godziny pozniej zaczelam kichac jak szalona, plakac i wydmuchiwac nos co 2 minuty. mam nadzieje, ze to jednodniowka, dzis posiedze w domu z herbatka i od jutra znow bede robic rzeczy.
wczoraj bylam w muzeum majakowskiego, znajdujacym sie przy stacji metra lubianka. bardzo ciekawe miejsce. o samym majakowskim co prawda nie dowiedzialam sie niczego, czego bym nie wiedziala wczesniej, ale muzeum zostalo urzadzone w bardzo ciekawy sposob. awangardowe wnetrze ma oddawac awangardowego ducha poezji, mamy zatem i odwrocony portret cara Mikołaja II, ksiazki zamkniete w klatkach i fragmenty wierszy umieszczone na roznych elementach ekspozycji. w muzeum tym spotkalam tez pana, ktory automatycznie skojarzyl mi sie z naszym ksiedzem Janem, choc nie umiem do konca wytlumaczyc dlaczego. nie wynikalo to bynajmniej z jego lekko niechlujnego wygladu, sarmackiego brzucha i zapachu przetrawionego alkoholu; mam na mysli raczej sposob wypowiadania sie, podobna zarliwosc w glosie. pytal sie skad jestem, gdzie studiuje; bardzo sie ucieszyl, gdy uslyszal, ze Polsza, Kraków, gdyz jego matka tam sie urodzila. pytal, czy rosyjski jest popularny w Polsce, co Polacy mysla o Rosjanach i sam zaczal temat cudu nad wisla, mowil mi o Katyniu ("Stalin nie zabil, on tylko podpisal dokumenty!"). pan gleboko wierzy w  przyjazn polsko - rosyjska ("jestesmy podobni do siebie"), natomiast szczerze nie znosi Chin, ich antysemityzmu i faktu, ze odebrali Rosji pare lat temu bodajze 300km2 z okregu chabarowskiego. bardzo chcial mnie wciagnac w dyskusje, ale moj rosyjski byl za slaby nawet na to, zeby zrozumiec wszystko; zreszta nie uwazam, aby tego typu rozmowy byly rozsadne.  tak czy tak, bylo to ciekawe doswiadczenie.
druga polowa dnia minela w biurze aiesecu, mielismy cotygodniowe spotkanie z ktorego jak zwykle nic specjalnego nie wyniknelo, a ponad polowa stazystow nie pojawila sie. wieczorem bylam na speaking club. nie wiem czy wspominalam o tym projekcie; polega on na tym, ze raz w tygodniu spotykamy sie w parku aleksandrowskim kolo Kremla i rozmawiamy na rozne tematy zasugerowane przez prowadzacych. wczorajszy temat to malzenstwa, rodzina, rozwody. na blisko 10 - 12 osob ktore znalazly sie w moim kolku dyskusyjnym bylam jedna z moze 5, ktore chca w przyszlosci wziac slub w kosciele. w ogole wziac slub. co warto dodac, 2 pozostale to Egipcjanie, z czego Khadiga jest muzulmanka, a Manuel - wyznawca kosciola koptyjskiego. oczywisnie nie mozna generalizowac na podstawie kilku przypadkowych osob, ale wyglada na to, ze mloda, nowoczesna Europa nie chce sie zenic. 
dzis ogladam filmy, ale najpierw sie jeszcze przespie. czuje, ze moja glowa jest w sloiku. jeszcze jako miss gracji zalalam herbata laptopa i nie dziala mi kursor tak jakbym chciala. mam nadzieje, ze mu przejdzie i jak wydchnie dokladnie, to zacznie mnie sluchac, bo tak sie nie da na dluzsza mete. pzdr.



piątek, 22 lipca 2011

Inne przyklady estetyki rosyjskiej
Wrubel, "Carewna Łabędź"
 Wrubel, "Lilie"

 Borisow - Musatow, kolejny po Wrublu prekursor rosyjskiego symbolizmu; nie pamietam tytulu obrazu
 Maliavin, tytul to bodajze "Trąba powietrzna"

 Maliavin, "Wiesniaczka"

Somow, "Wieczor"


Roerich, "Czerwone żagle"



Ponizej kilka plakatow reklamujacych czasopismo "Niwa" i plakat reklamujacy wystawe.





wrzucilam powyzsze obrazy poniewaz wczoraj spedzilam pol dnia w galerii trietiakowskiej; jest to najwieksza galeria sztuki rosyjskiej z okresu do I wojny swiatowej. zatem rozpoczyna sie od mozaik zrabowanych z Bizancjum, a konczy na plakatach reklamujacych wystawy i czasopisma, jak wyzej. wiele obrazow naprawde mnie oczarowalo.
oczywiscie sporo czasu spedzilam na ogladaniu ikon, w tym ikon Rublowa i Teofana Greka. wiem, ze juz opisywalam czesc swoich przemyslen dotyczacych ikony jako takiej; byc moze to nudne i banalne co pisze, sama nie wiem. jednak fascynuje mnie jeszcze jedna rzecz, mianowicie proces tworzenia. ikona jest przeciez przykladem dziela, ktore powstaje w wyniku poswiecenia zycia dla sztuki i Boga; na studiach uczono nas przeciez, ze ikonopisarz musial zyc jak asceta, dawac przyklad innym, a jednoczesnie byl doskonale przygotowany do zawodu, znal kanon i Pismo swiete. zatem obraz taki powstaje w wyniku poswiecenia zycia sztuce, jest swiadectwem medytacji, kontemplacji, rozmowy z Absolutem. tak, to wszystko rodzi we mnie jakis ogromny szacunek do tych pozornie prostych obrazow.
niesamowite wrazenie wywarla na mnie sala poswiecona malarstwu Michaiła Wrubla, malarza stylu secesyjnego i symbolistycznego. pierwsze, co mozna zobaczyc, to gi -gan -tycz - ny obraz, wielkosci moze 20 m na 15, niestety nie pamietam jego tytulu, nie znalazlam rowniez reprodukcji w internecie. cos zachwycajacego... zastanawiam sie tez dlaczego wrubel nie ma swojego miejsca w popkulturze jak klimt czy mucha, choc moze to i lepiej dla niego... w kazdym razie cudowne malarstwo, jego slynny, melancholijny demon, ktory prawdopodobnie wywodzi sie w linii prostej z "Demona" Lermontowa (* narzekacie, ze nie macie co czytac? prosze: http://www.poezja.org/index.php?akcja=wierszeznanych&ude=1700  arcydzielo poezji), motywy faustowskie i te kobiety o niewinnym spojrzeniu. spojrzcie w oczy Carewny Łabędź. tego nie widac na reprodukcji, ale z nich naprawde bije swiatlo... w galerii znalazl sie takze przepiekny kominek (w ktorym w zyciu nie rozpalilabym ognia, to by byla profanacja) i ceramika stworzona przez Wrubla. perełki.
odkrylam tez kilku malarzy o ktorych istnieniu nie mialam pojecia, a ich tworczosc jest naprawde godna uwagi. kilka obrazow zamiescilam powyzej, ale nie wszystkie udalo mi sie znalezc. Mam na mysli jeszcze takich malarzy, jak Grabar, Golawin, Nesterow, Serow, Korowin... moglabym jeszcze wymieniac i wymieniac. Sa to glownie obrazy z konca XIX i poczatku XX wieku.
jednak po obiedzie przezylam prawdziwy i bardzo pozytywny szok kulturowy - poznalam Brazylijczyka, ktory nie dosc, ze jest zakochany w Polsce, to jeszcze sam, jako pierwszy zaczal mi opowiadac o historii Polski, o II wojnie swiatowej, o zburzeniu Warszawy. powiedzial, ze w Muzeum Powstania Warszawskiego plakal jak dziecko, ze to wszystko bylo takie straszne... jego ulubionym miastem jest Wrocław (gdzie spedzil 6 tygodni). tak, Łukasz zdecydowanie podbil moje serce i obecnie staram sie pomoc znalezc mu zakwaterowanie, gdyz od 4 dni mieszka w biurze.
wieczorem mielismy prezentacje o muzyce i tancach narodowych - i dzieki temu wiem, ze zdecydowanie podobaja mi sie serbskie tance ludowe, natomiast nawet jakby mi zaplacili nie poszlabym na chinska opere.
a wieczorem bylam na imprezie.
dzis siedze w domu, ale staram sie nie byc do konca bezproduktywna. jutro od nowa podbijam swiat, prawdopodobnie podjade do monasteru nowodziewiczego, ale to sie jeszcze okaze. wieczorem walerij ma urodziny, wiec pewnie bedzie spore zamieszanie.pozdrawiam!

 Rog centrum handlowego. Antyczna architektura w wersji radzieckiej.
"Pajechali !!!" jak powiedzial Jurij Gagarin.
Tak, to jest paskudne. Ale imponujace.


W Rosji owszem, sa kebaby (zwane "shoarma"), ale zdecydowanie popularniejsza jest Kroszka Kartoszka, czyli "malenki ziemniaczek", bar z reguly usytuowany przy stacji metra. W rzeczywistosci serwowany tam "ziemniaczek" to modyfikowany genetycznie ziemnior wielkosci duzego talerza, zapiekany z maslem i serem, do ktorego wybiera sie rozne dodatki - warzywa, kurczaka, kielbase czy nawet kraby. Niestety, rowniez napis 24h bywa zwodniczy, godziny otwarcia akurat tej "Kroszki" to 8 - 4. 

ostatnie dwa dni byly dosc intensywne; zreszta, prawie codziennie mam tyle wrazen i przemyslen, ze prosze wybaczcie mi jesli pisze chaotycznie czy niezrozumiale.
w srode pojechalam wraz z kiloma innymi stazystami do Ostankino, o ile sie nie mysle jest to polnocno - wschodnia czesc miasta. widzielismy slynna wieze telewizyjna - rzekomo symbol Moskwy. zostala wybudowana w latach szescdziesiatych dla uczczenia rocznicy rewolucji pazdziernikowej. jest to jedna z najwyzszych budowli swiata, chyba czwarta na liscie, ale nie jestem pewna. moi towarzysze chcieli wjechac na sam szczyt, ale z nieznanych mi powodow nie bylo to mozliwe. zreszta, nawet gdyby bylo, ja wolalabym zostac na ziemi. moj lek wysokosci nie jest juz tak silny jak kiedys, ale nadal nie czuje sie komfortowo gdy musze wjechac malutka winda na wysokosc okolo 500 m. nie nie nie, naprawde wole swoja zabia perspektywe.
pozniej zwiedzilismy najstarszy zachowany drewniany palac z Moskwie w ktorym zreszta bywal nasz krol Stanislaw August. Klasycystyczna architektura, ladny park dookola - wyglada to oczywiscie przyjemnie, ale nie rozni sie za specjalnie od - przykladowo - muzeum w Nieborowie. ciekawostka jest natomiast teatr, w ktorym to dzieki uzyciu specjalnej maszyny mozna bylo zmieniac poziom wysokosci podlogi, zatem w razie potrzeby teatr stawal sie sala balowa. prawde mowiac nie do konca umiem sobie wyobrazic dzialanie tego mechanizmu.
po poludniu mialam lekcje polskiego i rosyjskiego - ja uczylam Dime polskiego, a on mnie rosyjskiego. dosc praktyczna metoda na wakacyjna nauke jezyka, ale nie wiem na ile jest skuteczna na dluzsza mete.
wieczorem padlam jak martwa, moja glowa wazyla chyba ze 40kg. pierwszy raz od dawna zasnelam o 23 pomimo halasu rozmow wspollokatorow i glosnej muzyki. niestety, ale Walerij kocha heavy metal i czesto bardzo glosno go slucha i to o najrozniejszych porach dnia. (z kolei Sasza kocha telewizje i oglada ja glosniej niz sp. babcia Jasia). ale to oczywiscie drobiazgi, jesli chodzi o zakwaterowanie to mysle, ze naprawde nie moglam lepiej trafic. w ogole osoby, ktore wybraly zycie z "rosyjska rodzina" zamiast hostelu, o wiele lepiej na tym wyszly. czesc stazystow ciagle musi zmieniac miejsce zamieszkania, niektorzy spia na podlodze. mnie na szczescie ominely te problemy.

wtorek, 19 lipca 2011

dzis udalo mi się zrobic o jedno okrazenie wokół parku wiecej niż wczoraj i w zeszlym tygodniu :)
jednak przede wszystkim musze powiedziec, ze spedzilam fantastyczne populudnie z Dima i  Zenia, pieciolatkiem z radosnym adhd. Obydwaj sa rownie zwariowani, ale kazdy na swoj sposob. Dima jest spiewajacym przyszlym aktorem, ktory mowi biegle w 5 jezykach i uczy sie obecnie kilku kolejnych. Przy okazji gra w zespole, ktory gra muzyke w gatunku ktorego absolutnie nie jestem w stanie zapamietac, ale brzmi zupelnie niezle. niecodziennie tez sie zdarza aby samotny 25 latek probowal adoptowac afroamerykanskie dziecko. szczerze zycze Dimie miedzynarodowej kariery, ale mozliwe, ze jest zbyt dobrym czlowiekiem aby ja zrobic. a Zenia? rozbrajajacy dzieciak. jeden z tych nielicznych pieciolatkow, ktorzy nie uciekaja z placzem na moj widok. jezdzilam z nim na karuzeli w deszczu i uganialam sie po calym parku. na koniec jak prawdziwy gentleman podarowal mi znaleziony na chodniku kwiat. mysle, ze bedzie aktorem, jak wujek. uwielbia sie popisywac, lubi gdy wszyscy go podziwiaja. "Jewa, zobacz moje sztuczki!" slodkie. poznalam tez bardzo wzruszajacego, starszego pana; jest niepelnosprawny umyslowo, mieszka w pobliskim centrum rehabilitacyjnym i codziennie przychodzi na plac zabaw, bawi sie z dziecmi i pomaga im zjezdzac na specjalnej linie. podobno wszystkie dzieciaki w okolicy go znaja, jest ich przyjacielem (troche jak "Idiota"...). a na koniec dnia nie mielismy swiatla w mieszkaniu, ale to tez mialo swoje plusy - wspollokator Sasza wyciagnal gitare i zaczal spiewac przy jedynej swieczce jaka mamy. milo go posluchac, naprawde.
ale teraz - padam na twarz.

poniedziałek, 18 lipca 2011


rosyjska barbie (tak, wiem, ze to standardowe zdjecie...)


? czemu ?


wot, babuszka. szkoda, ze glowe odwrocila...


i jak tu sie nie czuc jak w domu?


znajda sie nawet "kwiaty dla kazdego serca"...


jak widac, postanowilam urozmaicic swoje opowiesci...
dzis wstalam rano i pobiegalam, z czego po raz pierwszy spotkalam biegajace kobiety. stwierdzilam, ze to musi byc dobry znak. pozniej - wreszcie - pojechalam zwiedzic Kreml. na szczescie nie bylo zbyt wielu ludzi, wiec moglam spokojnie wszystko obejrzec bez nerwowki i przepychania sie. bylam miedzy innymi w skarbcu (? - chyba), w ktorym to najbardziej spodobala mi sie sala ikoniczno - liturgiczna, glownie ze wzgledu na ilosc zgromadzonych tam drogich kamieni. takich arcydziel jubilerstwa chyba juz dawno nie widzialam. cudo!!! (uwielbiam patrzec na drogie kamienie. nie musi byc od razu skarbiec kremlowski, kolo wystawy svarovskiego w krakowie tez nigdy nie przechodze obojetnie. cos kiedys slyszalam, ze diamonds are a girl's best friend... :) byly tam jeszcze jakies miecze, zbroje, bron i talerze, ale to mnie akurat nie interesuje. natomiast w innej czesci zostaly zgromadzone insygnia koronacyjne i przedmioty uzytkowe rodziny carow, zatem widzialam dzis jeszcze m. in. czapke Monomacha, gigantyczna karete Borysa Godunowa i bardzo prozaicznie, skarpety "z laski Bozej imperatorowej" Katarzyny II. znalazlo sie tam jeszcze kilka jej sukienek - co za waska talia, to az nieestetyczne. w kazdym razie przy wyjsciu, w sklepie przy skarbcu widzialam chyba najladniejsze i najdrozsze bombki choinkowe na swiecie, w przeliczeniu opakowanie kolorowych zolnierzykow - 5 sztuk - kosztuje ponad 4000 zlotych.
nastepnie zwiedzilam sobory kremlowskie (Uspienski, Archangielski, Zwiastowania i Rizpołożenia), sa zach - wy - ca - ja - ce. zawsze podziwiam ten nieziemski spokoj, niezruszona pewnosc, ktore bija od ikony; natomiast sobory kremla sa jedna wielka ikona, ikony patrza na czlowieka ze wszystkich stron swiata, osaczaja go. dzis oczywiscie sa oswietlone swiatlem elektrycznym i stanowia bardziej muzeum niz miejsce swiete, ale zastanawiam sie i moge jedynie sobie wyobrazac jak niesamowicie to musialo wygladac kiedy przy swietle swiec (okna sa bardzo male...), w towarzystwie chorow cerkiewnych, odbywala sie koronacja carska...
po poludniu z kolei jakos tak dziwnie sie zlozylo, ze przechodzilam kolo ksiegarni... nie, nie dosc, ze nie przeszlam obojetnie, to jeszcze wyszlam stamtad m.in. z "mistrzem i malgorzata", "doktorem ziwago"  - moje pierwsze w zyciu ksiazki po rosyjsku <3 oraz "lotem nad kukulczym gniazdem" i "nowym wspanialym swiatem" (ang) kupionymi za jakies smieszne, zupelnie niepolskie ceny. ksiegarnia to jedno z tych miejsc, gdzie ogarnia mnie mania posiadania. i jestem pewna, ze jeszcze wroce do tej koknretnej, do "Globusa" kolo Lubianki, w koncu zostawilam sporo interesujacych tytulow na polce... :)
pobyt na obczyznie (przeciez taki krotki, a obczyzna nie taka znowu obca...) sprawia, ze staje sie coraz gorliwsza patriotka :) dzis musze zrobic prezentacje o polskiej muzyce i tancach narodowych. jakie one sa fantastyczne! jestem szczerze wzruszona gdy widze / slysze poloneza i mazura ze strasznego dworu, o chopinie nie wspomne bo zawsze mi sie kojarzy z domem, Mazowszem, wierzbami za Mokasem i lakami za kosciolem w Brochowie. mam tez gleboka, mistyczna potrzebe jakiegokolwiek zaznaczenia, poinformowania w jakis inteligentny sposob obecnych tu obcokrajowcow o rocznicy powstania warszawskiego (M., Twoj filmik nie dziala u mnie...). natomiast uzywanie polskiego jest jak balsam dla ucha, zreszta jak mowila Osiecka "w jakim innym jezyku powiesz <ktoz czeka na ciebie łzą błękitną się bławacąc>", uwielbiam ten cytat.

niedziela, 17 lipca 2011



wzrusza mnie chor Aleksandrowa, zachwyca kultura, literatura, sztuka, cerkwie, kiedy slysze rosyjski hymn to automatycznie mam ochote stanac na bacznosc i gdy patrze na mury Kremla przepelnia mnie zupelnie niezrozumiala duma. ale najbardziej lubie te drobiazgi, ktore tworza rzeczywistosc - w tym pana przed cerkwia stojacego z koza i piwo ktore podaje sie w metalowym czajniku z ludowymi wzorkami, w czyms podobnym kiedys przynosilismy krowie mleko od pani Gierasikowej. no i jest to chyba jedyny kraj w ktorym mozna kupic papierosy o jakze wdziecznej nazwie "Kiss" i smaku - uwaga - swiezych jablek. swoja droga tak wyrazne napisy zniechecajace do palenia pojawiaja sie tylko raz w roku, przez wiekszosc czasu podobno sa napisane malymi literami gdzies z boku. (*btw cena "Pocalunku" - 2,7zl.) cd nastapi

odezwal sie we mnie wewnetrzny hitler

dobrze. jestem tutaj od ponad dwoch tygodni, bede jeszcze niecaly miesiac i postanowilam zmienic strategie pobytowa. uwazam, ze zmarnowalam duzo czasu na niepotrzebne rzeczy, jakos nie moglam sie zorganizowac, zebrac w sobie. nie mam sobie tego za zle tak do konca - potrzebowalam troche dluzej pospac i pozwolic sobie na wiecej lenistwa niz zazwyczaj.
a zatem - przyjechalam tu po to, zeby: zobaczyc Rosje jaka jest na codzien; zwiedzac; poduczyc sie jezyka. mialam jeszcze przy okazji zrobic praktyki, ale biorac pod uwage dezorganizacje aiesecu jest to raczej niemozliwe; tzn zawsze jakistam punkt w cv bedzie i w sumie moge sie tu dowiedziec bardzo wielu rzeczy, ale na pewno nie tego jak sie robi eventy, nie nie, nie rozpedzajmy sie. zatem trzeba ten czas spozytkowac jakos inaczej. biore sie w garsc. po kolei:

1. zrobilam liste zabytkow, ktore chce zobaczyc i rzeczy, ktore chce zrobic (w tym - obejsc dokladnie Kreml - nie udalo mi sie w zeszlym tygodniu, Arbat, muzeum Majakowskiego, Bulhakowa, galerie Trietiakowska i muzeum Puszkina, isc do cerkwi na msze, jechac do Wlodzimierza / Suzdala i do Istry etc.); i przede wszystkim - tak, musze przelamac swoje lenistwo i zaczac robic wiecej zdjec.
2. uczyc sie rosyjskiego minimum pol godziny dziennie; moze jeszcze jakies cwiczenia z angielskiego?...
3. biegac 4, 5 razy w tygodniu i przestac podjadac miedzy posilkami wszystkie te pysznosci, ktore Jurij zostawia na stole; nie dosc, ze tyje, to jeszcze bezsensownie trace pieniadze na odkupowanie mu jedzenia. ( Siostro moja Madziu, doskonale wiesz o co mi chodzi :* )
4. spac do 11, 12 max. 2 razy w tygodniu, a nie 5 czy 6, bo to karygodne.
5. nawet po imprezie nie pozwalac sobie na dzien tak rozpieprzony jak ten dzisiejszy, z serii "snuje sie po swiecie nie wiadomo po co i dlaczego, a w ogole to zapomnialam - co ja tam mialam w tej lodowce?...". nie, oficjalnie nie zgadzam sie.

nie na darmo jak wracam po bieganiu Jurij wita mnie radosnym "Guten Morgen :) ". wiem, ze zaden szanujacy sie Rosjanin nie zrobilby powyzszej listy. nie wiem czy wspominalam wczesniej, ale im dluzej tu jestem, tym bardziej widze jak bardzo "zachodnie" jest moje myslenie o swiecie.
jednak mimo wszystko prosze, trzymajcie za mnie kciuki i mobilizujcie mnie, zeby udalo mi sie zrealizowac choc 80% zalozen.wtedy moze wroce do Was jakas fajniejsza.
sciskam mocno!

piątek, 15 lipca 2011

...

pierwsze dwa dni tygodnia spedzilam bardzo aktywnie, w tym obeszlam nowa partie miasta i kolejna serie cerkwi. trzeba przyznac, ze moskwa jest miastem o niesamowitej ilosci swiatyn, przynajmniej w centrum. w zasadzie co krok swieca na zaloto cebulaste kopuly kosciolow, a w nich, podobnie jak u nas, mozna spotkac prawie same kobiety. najwidoczniej my bardziej potrzebujemy Boga. duze wrazenie zrobila na mnie cerkiew na Kadaszach, dobrze ukryty przyklad moskiewskiego baroku. z zewnatrz wyglada o wiele ladniej niz w srodku. bylam tez z siebie bardzo dumna, gdyz udalo mi sie odbyc pierwsza telefoniczna rozmowe po rosyjsku, z pania z teatru. nastepnego dnia wieczorem poszlam z Aleksiejem na "Mewe" do Satirikonu, obecnie (podobno) jednego z najpopularniejszych moskiewskich teatrow. sztuka trwala prawie 5 godzin i spodobal mi sie tylko jeden akt i to w dodatku najkrotszy; ale w tym wypadku nie jestem najlepszym opiniotworca, gdyz bardziej sie skupialam na tym, zeby zrozumiec co oni mowia niz na sztuce jako takiej. byla to nowatorska, modernistyczna realizacja; ale mimo tego, ze nie zrozumialam wszystkich slow, nie uwazam, aby krzyk, wrzask byl dobrym sposobem czechowa, przynajmniej ja tego nie czuje. wiekszy dramat kryje sie w szepcie, ale nie bylam w stanie wytlumaczyc tego aleksiejowi, temu ekspertowi od wszystkiego. tego dnia - a byl to wtorek - bylam tez w muzeum historii XX wieku, niegdys muzeum rewolucji i szczesliwie udalo mi sie zalapac na wystawe rycin Goi. widzialam tez sporo ciekawych plakatow propagandowych i kilka interesujacych eksponatow, np. szachy z figurkami proletariuszy. polowa sali wejsciowej przeznaczona jest na eksponaty zwiazane z Putinem, w tym oddzielny elektroniczny ekran ze zdjeciami i tekstami przemowien. wczoraj tez mielismy welcome party, bylo bardzo w porzadku. ciagle przyjezdzaja jakies nowe dostawy polakow, jestesmy tutaj zdecydowanie najwieksza mniejszoscia. zaraz po nas sa brazylijczycy wciaz czekam na informacje o kulturalnym festiwalu ktory ma miec miejsce w przyszlym tygodniu i ktory organizuje, ale ciagle nic nie wiadomo. moskwa. wszystkiego czlowiek dowiaduje sie w ostatniej chwili, a podstawowa zasada - to nie przejmowac sie. nie denerwowac sie absolutnie niczym, a juz zwlaszcza rzeczami, na ktore nie ma sie wplywu. dlatego tez skoncze ogladac film i zastanowie sie co zrobie z reszta dnia.

niedziela, 10 lipca 2011

ostatnie 4 dni imprezowalam, od jutra robie jakis krotki detoks. kluby na calym swiecie wygladaja podobnie i ludzie po wodce rowniez zachowuja sie podobnie, nie ma zatem sensu rozpisywac sie na ten temat; ciekawszy wydaje mi sie fakt, ze o ile brazylijczycy kompletnie nie zrozumieli czemu pijany czlowiek o 5.30 w kawiarni zaczyna spiewac "Boze, chron cara" i pytac Jessike co mysli o Mikolaju II, o tyle dla mnie i obecnych tam Rosjan bylo to dosc normalne.
w ogole zastanawiajacy jest dla mnie "narodowy" stosunek ludzi w tym kraju do komunizmu. dzis wieczorem widzialam grupe rozspiewanych babuszek, ktore siedzialy na jednym z glownych placow w miescie z komunistyczna flaga. polskie babuszki zazwyczaj siedza pod kapliczka i chwala laki umajone, niekoniecznie sierp i mlot. zastanawia mnie tez fakt, ze kiedy ja mysle "Stalin", automatycznie mysle o (umowmy sie) tych 50 milionach ofiar, zas Aleksiej mysli o pokonanym widmie faszyzmu i zwyciestwie w wielkiej wojnie ojczyznianej. mam nadzieje, ze to moje wieczne porownywanie nie wydaje sie Wam nudne; ale szczerze fascynuje mnie rosyjski stosunek do komunizmu i staram sie go zrozumiec. Jurij tylko i wylacznie dzieki temu, ze byl w Polsce, slyszal o katyniu i w ogole mowi, ze w szkole ucza ich wielu pozytywnych rzeczy o Stalinie i okresie jego rzadow. cd. nastapi. jutro planuje zwiedzac Kreml, choc mialam to zrobic wczesniej, przyznaje. kilka razy juz slyszalam dzwony kremlowskie i brzmia niesamowicie. niebiansko ;) pozdrawiam!

piątek, 8 lipca 2011

do drinkow na ladies night naprawde dodaja tutaj alkohol. i naprawde dobrze sie wczoraj bawilam. kocham Brazylijczykow.

czwartek, 7 lipca 2011

ostatnie 3 dni uplynely pod znakiem kolejnych spotkan organizacyjnych; w zasadzie probujemy sie zorganizowac od tygodnia, ale niewiele z tego wynika. nie wiem czy to kwestia mentalnosci samych Rosjan czy problemem sa niedociagniecia aiesecu jako firmy. poki co jeszcze nie widzialam naszego provided food i dzis mamy podpisac petycje w tej sprawie. powszechne niezadowolenie rosnie. Moskwa rzeczywiscie jest drogim miastem, choc faktycznie wiele zalezy od miejsca w którym się kupuje; dotyczy to nie tylko wszelkiego rodzaju barow i knajp, ale także supermarketow. Przykladowo cena tego samego jogurtu w dwoch supermarketach tej samej sieci nieraz rozni się 60 groszy, piwo w studenckim klubie może kosztowac 30zl, a w parku obok – 6. Choc picie alkoholu na ulicy jest nielegalne, to jednak  Rosjanie nie uznaja piwa za alkohol. w zwiazku z tym w wielu miejscach jest impreza 24/7, w tym obok mojej stacji metra. Standardowy obrazek to jakas babuszka z laska i reklamowka na laweczce, obok kilku grubszych panow bez koszulek, a kilka metrow dalej mlodzi ludzie z kapeluszem i gitara. Stacja Nagornaja.
podobnie wyglada sprawa z przechodzeniem przez ulice; teoretycznie karane jest chodzenie nie-na-pasach, ale wczoraj przeszlam przez srodek gigantycznego, kilkupasmowego skrzyzowania pod Lubianka na oczach policjanta  i w ogole nie zwrocil na to uwagi. Biorac pod uwage mój stres zwiazany z przekraczaniem jezdni gdzeikolwiek badz, możecie sobie wyobrazic co to był za wyczyn ;)  oczywiście to nie mój pomysl, bylam z moim „buddym” – kims w rodzaju przewodnika.
wczoraj zaczelam tez biegac po lokalnym parku. Moda na ten sport jeszcze tu nie dotarla; czasem tylko zdarzy się tylko jakis zasapany pan w srednim wieku, spocony, ze smutna klata, obowiazkowo bez koszulki. Trzeba tez zaznaczyc roznice miedzy nawet najbardziej zapuszczonym parkiem w Polsce a tutejszym; w Moskwie osiedlowy park to po prostu wydzielone pasmo lasu mieszanego z przewaga sosen, gdzie jest kilka asfaltowych sciezek, ale i tak wiekszosc ludzi chodzi gdzie chce.
rowniez wczoraj zrobilam kolejna wycieczke po miescie, tym razem padlo na ulice Twerska i okolice. bylam miedzy innymi na Patriarszych Prudach, miejscu gdzie rozpoczyna się akcja „Mistrza i Malgorzaty”; i prawde mowiac nie mam pojecia czemu kilka lat temu nie moglysmy go znalezc z moja mama i siostra, gdyz prowadzi tam prosta droga. O ile kilka lat temu było tam jedno bajoro na srodku i pustki dookola, o tyle wczoraj zobaczylam naprawde bardzo ladny, pelen ludzi park i kilka eleganckich sklepow. Jestem zachwycona budynkiem konserwatorium moskiewskiego – naprawde robi wrazenie – i w ogole atmosfera tej czesci miasta, w ktorej na co drugim kroku jest teatr, gdzie jest wiele zieleni i kilka przyjemnych knajpek. Zakladam tez, ze w przyszlosci pojde do mchatu, jeszcze nie wiem kiedy, ale zrobie to. Poki co planuje isc na sztuke do jakiegos tanszego i mniej znanego teatru, ale nawet nie mialam czasu aby przejrzec obecny repertuar; czytanie po rosyjsku zajmuje mi troche wiecej czasu niż czytanie po angielsku. bylam tez na jam session w squacie, dwupietrowym, bardzo przyjemnym lokalu w centrum. Było raczej malo ludzi; w ogole Aleksiej twierdzi, ze podobne miejsca (klimat zblizony do warszawskich pawilonow czy krakowskiego Bunkra) nie ciesza się jeszcze zbyt duza popularnoscia. Zaskakujaco rozni się tez wyglad ludzi którzy tam przychodza od wygladu ludzi, których można spotkac na ulicy czy w metrze – ci ze squatu zdecowanie bardziej przypominaja europejczykow. Nie mowie, ze moskwianie wygladaja czy ubieraja się zle; ale w porownaniu do nas wypadaja raczej biedniej i mniej kolorowo, mimo ze to stolica. Cos, co jest naprawde moim zdaniem zle w ich wygladzie to meskie grzywki i buty. Niektóre naprawde robia wrazenie. ale nie ma nic odkrywczego w tym, ze poziom zycia jest tutaj nizszy niż u nas. Ludzie sa tez bardziej bierni, ale podobno stali się tacy przez ostatnie kilka lat, w latach dziewiecdziesiatych było inaczej. Chlopaki twierdza, ze to przez Putina, ale jeszcze nie omowilam dokladnie tego tematu. No i rzecz która mnie zaskoczyla, to gdy przechodzilam wczoraj kolo centrum medycznego, w którym to z okna krzyczal napis – „Aborcje. Anonimowo”. Musze przyznac, ze nawet jeśli jestem za legalizacja, to nie jestem przyzwyczajona do podobnych ogloszen. czas nagli. cd. nastapi. pozdrawiam

niedziela, 3 lipca 2011

"z moich okien, z kazdej strony, widac caly plac czerwony, a z Twojego okieneczka - nie zobaczysz kawaleczka!"

faktycznie, nocy nie spedzilam przed komputerem. pierwsza rzecz o jakiej musze napisac, to o goscinnosci mojego hosta, Jurija; wczoraj wieczorem jechal ze mna pol miasta zeby odprowadzic mnie do klubu, dal mi swoj telefon (jeszcze nie mialam rosyjskiej karty) i swoje klucze do mieszkania zebym mogla isc i spokojnie sie pobawic. sam nie chodzi na imprezy. dzis rano musial wyjsc i wyslal mi tylko smsa, ze koktail mleczny na kaca czeka na mnie w lodowce. kaca co prawda nie mialam, ale to co przygotowal bylo po prostu przepyszne. a wczoraj? bylam w dwoch klubach, jednym dosc normalnym (chyba?...), a drugim dosc snobistycznym, swoja droga jednym z najstarszych klubow w Moskwie. dzis z kolei ruszylam na zwiedzanie centrum; zdecydowanie potrzebowalam dlugiego, samotnego spaceru. rozpoczelam tradycyjnie, od placu czerwonego i lezacego obok niego kitaj gorodu; chodzilam z jakas glupia, dziwnie szczesliwa mina, zachwycona wszystkim co widze. bylam w soborze wasyla blogoslawionego i nie do konca zgadzam sie ze stwierdzeniem, ze nie warto tam isc; faktycznie, ma on niewiele wspolnego z tradycyjna cerkwia, gdzie jest jedno duze pomieszczenie, ikonostas itp, ten sobor jest raczej zbiorem kilku pomniejszych swiatyn. z kolei motywy roslinne przypominaja raczej jakies muzulmanskie zdobienia, ale moze to tylko moje skojarzenie. z kolei zaraz za placem czerwonym, w samym sercu miasta, znajduje sie gigantyczny, paskudny plac budowy, monumentalny jak cala Rosja. do kitaj goroda docieraja nieliczni turysci (a moze tylko dzis tak bylo?). bardzo przyjemne i ladne miejsce, bedace w architektonicznym i duchowym kontrascie z placem. na ulicy Warwarka udalo mi sie tez znalezc mala, urocza cerkiew, zdaje sie, ze Maksyma Blogoslawionego. mimo, ze znajduje sie w scislym centrum kilkunastomilionowego miasta, w jej otoczeniu jest bardzo cicho, zielono i spokojnie, jak na wsi, do tego kwitnie kolo niej mnostwo kolorowych kwiatow. obeszlam kilka ulic i na koncu usiadlam na krawezniku, spojrzalam na plac i pomyslalam  o tym, ze w pewnym sensie znajduje sie w swietym miejscu, bo dla mnie zawsze to ludzkie emocje uswiecaja miejsca. plac czerwony, krasnyj i krasiwyj, czerwony ze wzgledu na podobienstwo miedzy tymi dwoma slowami, ale czerwony na pewno od krwi tysiaca ludzi, ktorzy na nim zgineli i ze wzgledu na czerwien komunizmu. dziwne miejsce, ilestam metrow kwadratowych na ktorych to zaraz obok swiatyni zabijano ludzi, na ktorym naprzeciwko miejsca, gdzie car przemawial do ludu albo osobiscie scinal glowy buntownikow obecnie lezy, wbrew swojej woli, zakonserwowany lenin (swoja droga dzis do opisywanego wczoraj stalina w metrze dolaczyl lenin. siedza sobie przy stoliczku, z bukietem czerwonych roz).
zmieniajac temat, Jurij i P. twierdza, ze jestem zbyt uprzejma na Rosje i zdecydowanie naduzywam slow dzien dobry, dziekuje, do widzenia, prosze. ja do tego moge dodac, ze musze sie nauczyc mniej planowac, byc mniej zorganizowana albo chociaz inaczej zorganizowana. cieszy mnie natomiast to, ze coraz wiecej zaczynam mowic po rosyjsku i ze poki co nie mialam problemow z jazda metrem. mniej poinformowanym moge jedynie powiedziec, ze metro ma 12 linii, ponad 180 stacji i kilka poziomow
czas poczytac troche. mam nadzieje, ze ktos dobrnal do konca tego opisu.

sobota, 2 lipca 2011

zastanawialam sie co mnie w Moskwie zaskoczylo najbardziej i chyba juz wiem - czuje sie tutaj jak w Polsce. a moze to nie "w Polsce" jest wlasciwym okresleniem, tylko "jak u siebie"? nie umiem dokladnie wytlumaczyc dlaczego tak sie dzieje; ludzie mowia w troche innym jezyku, uzywaja innego alfabetu, ale nie ma to wiekszego znaczenia. istnieje pewien element wspolny, ale jeszcze nie umiem go okreslic, zdefiniowac. moze to po prostu "swojskosc", cokolwiek mialoby to oznaczac? bloki z szarej plyty, osiedla przypominajace te socrealistyczne osiedla warszawskie? naprawde nie wiem. oczywiscie wszystko jest wielkie, przeogromne; pierwszym budynkiem, ktory zobaczylam gdy wysiadlam w Moskwie, byla biblioteka przeznaczona wylacznie dla dzieci, wielkoscia zblizona do najwiekszych warszawskich biurowcow. przed biblioteka oczywiscie stoi monumentalny pomnik Lenina, jakzeby inaczej. Cytujac Lucyne Krzemieniecka: "Dzieci zrozumialy, ze Lenin, ktorego widzialy po raz pierwszy, jest ich najwiekszym przyjacielem i towarzyszem.(...) Lenin goraco i szczerze kochal dzieci, a one odwzajemnialy sie gleboka miloscia". dzis w metrze z kolei spotkalam Stalina; mezczyzne, ktory na swoim podobienstwie do "towarzysza, co usta slodsze mial od malin" probowal zarobic kilka rubli. dzis wiekszosc dnia spedzilam w biurze, na spotkaniu organizacyjnym; pozniej poszlismy na male piwo pod kreml. zetkniecie z tyloma osobami z innych kultur - nieraz bardzo egzotycznych - jest ciekawym przezyciem. pijac piwo na cokole pod Kremlem dowiedzialam sie od Miszy (zamieszkalego w Uzbekistanie koreanskiego prawnika) rzeczy, o ktorych w zyciu nie przeczytalabym w gazecie czy ksiazce. a jesli chodzi o sama Moskwe to faktycznie, stolica o tej porze roku zyje pelnia zycia; na kremlowskich "plantach" jest mnostwo ludzi, a co sto metrow stoi jakas babuszka sprzedajaca hot - dogi, kwas chlebowy i piwo baltika 3. nie mniejszym powodzeniem ciesza sie diewuszki wystylizowane na gwiazdy porno, w widowiskowy sposob jedzace lody. w kazdym razie stolica zyje. na pewno sprzyjaja temu takze dluzsze wieczory; o 22.30 jest jeszcze jasno. w zwiazku z tym pozostaje mi zastanowic sie co zrobie z dalsza czescia wieczoru - ale prawdopodobnie nie spedze go przed komputerem. (c. d. nastapi)